wtorek, 3 stycznia 2012

Winne Wtorki #18 — Asti na słodko

Pierwsze winnowtorkowe wino w nowym roku stoi pod znakiem bąbelków. Taki wybór padł za sprawą Gabriela z dotrzechdych.pl, co mnie osobiście bardzo się spodobało. Połączywszy to z wiadomą okazją do świętowania, bąbelki stanęły u mnie niewiele po północy, lecz nie bez przygód.

Wybór, a dokładniej brak wyboru, bo za późno się obudziłem, padł na słodkiego włoskiego muskata. Głównie z chęcią dopasowania się do pozostałych pijących. Okazja to taka, że przyjemność z bąbelków powinna być, a to, że ja w towarzystwie bym najchętniej się mocno mineralnego francuza napił to nie znaczy, że inni też.

Wyboru o tyle ryzykownego, że importowanego przez TiM, a o ichniejszych winach już swego czasu w ramach winnych wtorków pewną dyskusję mieliśmy. Niemniej, pacjentem na stole stała się Sant'Orsola Asti NV.

Przygody zaczęły się od otwarcia, a raczej trudności z takowym. Korek siedział niezmiernie mocno. Po tym, jak butelka okrążyła wszystkich w pokoju bez skutku, sięgnęliśmy po dodatkowe akcesoria.

Również i z nimi nie było lekko, ale po dłuższych staraniach udało się i korek poszybował w powietrze uwalniając zapach bąbelków. Przyjemny i silnie owocowy, mocno w stronę jabłka, melona i gejpfruta. Same bąbelki utrzymywały się w kieliszku dość długo i nie były nachalne jak w zbyt mocno nagazowanym sikaczu.

W smaku, na moje podniebienie, zdecydowanie za słodkie... ale to w końcu słodkie wino, więc nie mogę potraktować tego jako zarzut. Owoce natomiast dalej były, a słodycz kontrowała bardzo przyjemna kwasowość, która sprawiła, że owo Asti sprawiło mi w piciu sporo frajdy. Zdecydowanie dominowało jabłko, choć z czasem nuty kwiatowe i cytrusowe zaczęły się przez jabłko przedzierać. A potem... a potem się butelka skończyła.

Na szczęście nim się skończyła, Natalia Zahora zdążyła zrobić nam fotkę na bloga :)

Podsumowując — całkiem sensownie wydane 37zł, mimo importera. Ja mam za to teraz ciągoty do powtórzenia bąbelków w wydaniu na wytrawnie.

Pozostali Winni Wtorkowicze:

poniedziałek, 28 listopada 2011

Winne Wtorki #16 - MAŁo brakowało a MALbeca by nie było

Tematem tegotygodniowych, Mikołajkowych, Winnych Wtorków był Malbec — dowolnego rodowodu. U nas dwa rasowe, żadnych kundelków. Dla odmiany, nie z Argentyny, najpopularniejszej stolicy Malbeców, a z Chile.

Na pierwszy ogień poszła butelka Agustinos Gran Reserva Malbec 2004 z Bio-Bio Valley, starzona przez 18 miesięcy w nowych beczkach z francuskiego dębu. Wielokrotnie recenzowana z użyciem takich zwrotów jak choćby perła z Chile.

Mati: Wino niezwykle ciekawe, z bardzo bogatym nosem, który zmieniał się z minuty na minutę w kieliszku odkrywając coraz to nowe rzeczy. Czarna porzeczka, aronia, śliwka, odrobina czekolady, z czasem coraz bardziej wyłaniające się nuty kwiatowe i goździki. Trochę uderzał mnie wyczuwalny alkohol, wolę jednak mniej intensywne wina, ale nos — muszę przyznać — bardzo przyjemny. W smaku leżało mi trochę mniej, głównie ze względu na potężną ekstrakcję. Agustinos miało cechy gęstych powideł do krojenia nożem, a ja coraz bardziej skłaniam się ku bardziej subtelnym winom. Niemniej, taniny były bardzo miło kontrowane kwasowością, dość silną, warto wspomnieć. Owoce bardzo silnie obecne, choć zamiast czarnej porzeczki uderzyła mnie raczej... czerwona. Oddychając w kieliszku Malbec zyskiwał, a wrażenia pozostawił po sobie bardzo pozytywne. Zwłaszcza za cenę niecałych 60zł, za które został nabyty w Winnicach Świata.

Krzysiek: Tym razem piłem tylko jedno winnowtorkowe wino, ale wcale nie jest mi z tego powodu smutno. Agustinos okazał się winem nietypowym, ale bardzo smacznym. Z jednej strony wybijająca się słodycz, z drugiej - potężne uderzenie owoców i dębu. W przeciwieństwie do Matiego alkohol nie był dla mnie tak bardzo wyczuwalny. Koniec końców, jedyne, czego mi w naszej degustacji brakowało, to soczystego kawałka wołowiny - wtedy byłbym w raju.

Na drugi ogień poszedł Malbec, którego miałem w domu — tym samym Krzysiek nie miał okazji go skosztować, ale ponieważ pasuje tematycznie do wpisu, to i o nim napomknę. Mowa o Caliterra Malbec Tribute 2008 z Colchagua Valley. W nosie klasyczne aromaty — porzeczka, wiśnia, aronia. Niestety, niewiele więcej. Bardzo ciasny, mniej słodki, po dekantacji niewiele lepiej. Długotrwałe merdanie kieliszkiem i pastwienie się nad nim nic nie zmieniało. W smaku silnie kwasowe, mało taniczne. Wyraźnie niezrównoważone, a do tego krótkie i mało ciekawe. Płasko i bez wyrazu. Zważywszy, że butelka kosztowała tyle samo co Agustinos, tamten wydaje się zdecydowanie lepszym wyborem.

sobota, 26 listopada 2011

Winne Wtorki #15 - Marsala prosto z Sycylii

Początek listopada upłynął pod znakiem Winnych Wtorków. Tym razem przypadła nasza kolej, więc postanowiliśmy zasugerować wino, o którym myśleliśmy od pewnego czasu, a mianowicie Marsalę.

Marsala to wino wzmacniane, wytwarzane w rejonie miasta Marsala, na Sycylii. Marsale są zarówno białe, jak i czerwone. Tak się złożyło, że Mati degustował odmianę czerwoną - Pellegrino Marsala Fine, a ja białą - Pellegrino Marsala Superiore DOC.

Krzysiek: Całkiem przystępna propozycja. Za cenę ok. 40 zł mogłem delektować się winem o silnych nutach pomarańczowo-mandarynkowych, z nutą miodu. Szczególnie polecam wszystkim entuzjastom win z pogranicza tokajów i słodkich win z Bordeaux. Choć w smaku jest ono nieco inne, powinno ono przypaść im do gustu.

Z Marsalą wiąże się jeszcze jeden eksperyment. Otóż postanowiłem spróbować przyrządzić krem Zabaione, którego składnikiem bardzo często jest właśnie Marsala. Niestety, eksperyment nie do końca się udał - brak adekwatnego oprzyrządowania kuchennego (a dokładnie garnka do gotowania na parze) w połączeniu z chwilą nieuwagi doprowadził do podjęcia ekspansji kremu na okoliczne palniki kuchenki gazowej. To, co udało się odratować, smakowało jak smaczny kogel-mogel, z istotnie wyczuwalnymi nutami Marsali.

Mati: Czerwoną Marsalę podałem na deser, wraz z ciastem, co standardowo okazało się dobrym pomysłem. Piękny, rubinowy kolor sprawiał przyjemność od samego patrzenia. W nosie bardzo mocno wyczuwalna słodycz wiśni z miodowymi i karmelowymi nutami, a zarazem niemal niewyczuwalny alkohol. W smaku jak dla mnie odrobinę zbyt intensywna słodycz. Lubię wina deserowe, ale moje dotychczasowe doświadczenia z Madeirami, Porto, Sherry, czy — z innej bajki — Sauternes, nigdy nie zaatkowały mnie aż taką ilością słodyczy. Niemniej jednak Marsala była dość ładnie zrównoważona, a karmelowo-orzechowe nuty przykryte owocem bardzo przyjemne. Wyłazi na wierzch to, że nie napisałem notki od razu po jej wypiciu i pamięć mam już nieco zatartą. Ale wspominam bardzo miło. Na pewno byłą warta swojej ceny.

piątek, 18 listopada 2011

Bożo 2011 — czyli Beaujolais Nouveau po raz drugi na Winnych Przygodach

Prawdę mówiąc, w pierwotnych planach notki o tegorocznym Bożole miało nie być. Prawdę mówiąc, mieliśmy tegorocznego Bożo w ogólę nie pić. Po zeszłorocznej przygodzie uznaliśmy, że zajmowanie się Nouveau w momencie, gdy do dyspozycji mamy perełki interpretacji szczepu Gamay w postaci choćby Cru Beaujolais, jest pozbawione sensu.

Niemniej, ponieważ nadarzyła się okazja, nie sposób było odmówić. W hotelu IBIS w Łodzi odbyła się organizowana przez Alliance Française degustacja młodziutkiego Bożo, na którą co prawda nie mogłem się wybrać — ale butelka trafiła w moje ręce dzięki uprzejmości znajomych. Razem z butelką dostałem również zdjęcia ilustrujące ten wpis.

Na tapetę poszło 2011 Beaujolais Nouveau Chanay Gilles Les Grandes Terres Le Perreon, zdaje się, że niedostępne w polskiej dystrybucji. Schłodzone do ok. 13°C, gdyż uznałem, że nie będę masochistą i po zeszłorocznym piciu w temperaturze pokojowej tym razem mi wystarczy. Okazało się, o dziwo, że nie było to niezbędne. Tegoroczna odsłona Nouveau jest dużo lepsza niż rok temu. Owszem, w nosie i na podniebieniu aromaty chleba (czytaj: drożdże) są wyczuwalne. Dziwne, gdyby nie było. Obok tego jednak przyjemna kwasowość zrównoważona z mineralnością, odrobina malin i jabłka, a całość dość przyjemna i nienachalna. Nie miałem wrażenia, że piję gumę balonową o smaku wina.

Fanem Nouveau na pewno nie zostanę, ale zostałem całkiem miło zaskoczony. Butelka, standardowo jak na młode wino, szybko uderza do głowy, a samo wino było przyjemne i nie odstręczyło mnie od młodych Beaujolais jeszcze bardziej. Niemniej — w tym roku to była pierwsza butelka i na pewno ostatnia. Mimo wszystko kolejne będzie Moulin-à-Vent.

A jak Wasze doświadczenia z Bożo w tym roku?

poniedziałek, 7 listopada 2011

Spóźnieni niczym PKP, czyli relacja z degustacji E&C Wine

Nasze opóźnienia w publikowaniu informacji bywają ogromne, ale to jest mniej więcej tak, jak ze spiralą kredytową - jeden nieopublikowany post goni następny, i tak pewne tematy odchodzą w zapomnienie... O istotnych wydarzeniach jednak nie zapominamy, dlatego postanowiliśmy wreszcie opisać degustację firmy E&C Wine, której byliśmy uczestnikami we wrześniu br. Degustacja odbyła się u Jurka Kruka w 4senses, w Warszawie.

Tematem przewodnim degustacji były wina kalifornijskie. Za sprawą E&C Wine do szerokiego grona amatorów wina niebawem trafią zróżnicowane w cenie i jakości wina kalifornijskie. W ramach degustacji mieliśmy okazję spróbować 25 win - 5 białych (Chardonnay, Sauvignon Blanc, ale także relatywnie mało znany szczep Albariño), a także 20 czerwonych (tutaj cała gama Shirazów, Merlotów, Cabernet Sauvignon i, rzecz jasna, Zinfandelów - również z kupażami tych szczepów).

Krzysiek: Z win białych do gustu zdecydowanie najbardziej przypadło mi tajemnicze Albariño. Wino to (2009 Peter Franus Napa Valley Albariño) wykazywało intensywne zapachy pomarańczy i mandarynki z lekką nutą miodu. Spośród win czerwonych urzekło mnie wino 2004 Vineyard 7 Spring Mountain Napa Valley Cabernet Sauvignon - doskonała struktura, bogate nuty kwiatowe, silnie obecne jagody, jeżyny i dąb. Poza tym, do gustu przypadły mi mniej lub bardziej wszystkie Zinfandele. Wina tego szczepu, będące sztandarowym kalifornijskim wyrobem, zauroczyły mnie swoją słodyczą i siłą owoców. Zinfandele na rynku polskim bywały obecne dość licznie, ale najczęściej pod postacią win dość tanich i niezbyt wysokiej jakości. Ziny oferowane przez E&C Wine mają szansę ten wizerunek zmienić.

Mati: Przekrój win był naprawdę szeroki. Była to dla mnie pierwsza degustacja, w której w tak krótkim czasie mój nos i podniebienie musiały ustosunkować się do tak wielu butelek. Wpłynęło to tym samym na postrzeganie niektórych win, im dalej bowiem, tym bardziej mieszało mi się już co tak naprawdę czuję. Wina białe pamiętam świetnie. Pamiętam też, że żadne mnie nie zachwyciło. Moimi faworytami okazały się 2009 Peter Franus Napa Valley Albariño - z nutami awokado, moreli, orzechów, miodu i skórki pomarańczowej - oraz 2005 Vineyard 7 Spring Mountain Napa Valley Reserve Chardonnay, które choć nie było moim ulubionym typem Chardonnay (jestem zwolennikiem silnie mineralnych białych Burgundów), było winem bardzo solidnym i dobrze zrobionym. Zdecydowanie lepiej, przekrojowo, było z czerwieniami - aczkolwiek pewien zarzut miałem do większości butelek. Gęste, z niebotyczną wręcz ekstrakcją, do cięcia nożem jak marmolada - przy większości butelek pierwszą myślą dla mnie było "dwie, trzy godziny w dekanterze... i wrócimy do tematu". Być może nawet dłużej. Być może powinny po prostu poleżeć. A być może wcale nie stały by się od tego lepsze. Było jednak kilka perełek - zaliczam do nich, w mojej ocenie, 2007 Miner Stagecoach Vineyard Napa Valley Merlot, 2004 Vineyard 7 Spring Mountain Napa Valley Cabernet Sauvignon (jak się okazało, wcale nie najdroższy z Cabernetów), i 2008 Peter Franus Brandlin Vineyard Mount Veeder Napa Valley Zinfandel, który mnie absolutnie zauroczył. Jestem dużym fanem Zinfandeli i mocno ubolewam nad ich słabym wyborem w polskich sklepach specjalistycznych, dlatego z ogromną radością oddałem się wąchaniu i cmokaniu nad zaprezentowanymi butelkami. Choć wielu z prezentowanych win bym nie kupił (a przynajmniej nie w takim budżecie), wina były naprawdę dobre. Inicjatywa E&C Wines dążąca do poszerzenia dostępności win kalifornijskich w Polsce zasługuje na przyklaśnięcie i mocno kibicuję!

Podsumowując tą nieziemsko spóźnioną notkę, chcielibyśmy podziękować Erikowi Christiansenowi i Chrisowi Kohlwesowi z E&C Wines, Jurkowi Kurkowi z 4senses i Maćkowi Gontarzowi z viniculture.pl za możliwość uczestnictwa w tym wydarzeniu. Było to dla nas bardzo sympatyczne spotkanie i świetna okazja do poznania się osobiście - do zobaczenia!

wtorek, 18 października 2011

Winne Wtorki #14, czyli Winni w terenie

Z okazji kolejnych Winnych Wtorków postanowiliśmy nieco zmienić standardową formułę WW w naszym wykonaniu. Za namową Mateusza z zaprzyjaźnionego Studio Zahora postanowiliśmy skorzystać z oferty pierogarni "Pod Stępą", zlokalizowanej w Łodzi przy ul. P.O.W. 17. Winnowtorkową butelkę wypiliśmy do posiłków, które zostały przygotowane właśnie tam. Co więcej, wspomniany Mateusz uwiecznił nasze zmagania z winem i potrawami w trakcie sesji zdjęciowej.

Zgodnie z ustaleniami wtorkowiczów, tym razem przyszła pora na wino musujące prosto z Hiszpanii. Nam udało się kupić wyprodukowane metodą tradycyjną wino Sumarroca Cava Brut Reserva 2008, Zdobyliśmy je w Galeriach Alkoholi w Galerii Łódzkiej za cenę 40 zł.

Pod młotek poszły dwa dania, z którymi wydało nam się, że hiszpańskie bąbelki zagrają w sposób interesujący. Sushi, które regularnie łączymy z białymi winami i z szampanem na czele, oraz kurczak z warzywami przyprawiony w stylu orientalnym, na słodko-kwaśno.

Zgodnie z przewidywaniami, z oboma daniami wino poradziło sobie nieźle/bardzo dobrze. Do sushi pasowało równie sprawnie co szampan, z kurczakiem natomiast rewelacyjnie współgrała jego rześka kwasowość i silne owocowe nuty. Impresje o samym winie natomiast, już tradycyjnie, oddzielnie każdego z nas.

Krzysiek: wino to było dość rześkie, o bardzo mocnym aromacie cytrusowym, a jednocześnie było mineralne w smaku. Niezła cava w dobrej cenie - można się napić, co nie zmienia faktu, że koneserzy mogliby pokręcić nosami. Moim zdaniem warto spróbować.

Mati: wino nie pozostawiło u mnie zbyt silnych impresji. Z jednej strony dość silnie mineralne i wytrawne, z zadowalającą dozą kwasowości, co mi się bardzo podobało. Nie miało w sobie tak często kojarzonej z tanimi bąbelkami "sztucznej słodyczy ruskiego szampana". W nosie dość silne aromaty cytrusowe, trawiaste, jabłkowe, z odrobiną gruszki. Na podniebieniu natomiast było nieco słabiej - dość krótko, płasko, bez polotu. Przyzwoita Cava, ale bez rewelacji. Mimo wszystko, w tym budżecie raczej godna polecenia.

wtorek, 4 października 2011

Winne Wtorki #13 — Toskania, lecz na biało i czerwono

Za sprawą Środkowej Półki na tych Winnych Wtorkach mieliśmy zająć się interpretacją szczepu Sangiovese. Z założenia najchętniej nie z Toskanii. My tego założenia nie spełniliśmy, ale zdecydowaliśmy się na nieco inny krok — spróbowaliśmy bowiem dwóch butelek. Wina białego i czerwonego.

Na pierwszy ogień poszło białe Carmen Puthod 2007 od dość znanego producenta, Teruzzi & Puthod.

Wino stanowiło dla mnie duże zaskoczenie. Białe Sangiovese? Chyba w innym wymiarze! A jednak, jak się okazało, jest to możliwe. Mati, który przeszedł się ze mną przy okazji do Winnic Świata, postanowił zmienić swoje plany i skosztować tego jedynego w swoim rodzaju wina.

Na szczęście, jak się okazało, jest to wino całkiem smaczne. Niezbyt kwasowe, mocno alkoholowe, a dominowały w nim nuty ananasa i brzoskwini. Przyjemne, orzeźwiające, nieszablonowe. Warte polecenia, zwłaszcza biorąc pod uwagę cenę - 59 zł. Mati doszukał się tam marcepanu, ananasa, dość oleistej konsystencji dębowej beczki i nut dymnych w bardzo intensywnym nosie i też mu smakowało.

Od tej chwili ja, Mati znaczy, przejmuję pałeczkę ;-)

Drugim pacjentem było Chianti Classico 2007 od Castello di Uzzano. Tego wina Krzysiek nie miał, niestety, okazji ze mną zdegustować.

Bardzo klasyczna interpretacja Sangiovese, jak i również bardzo klasyczne Chianti. Wino poprawne, ale nie zachwycające. Na mój gust lekko zbyt słodkie i masywne, z silnym aromatem dojrzałej wiśni, jabłka (!) i czarnej porzeczki. Dość silnie kwasowe, nieco niezrównoważone — osobiście chciałbym widzieć w nim troche silniejsze taniny, żeby całość nabrała kręgosłupa. Po kilkudziesięciu minutach dekantacji Castello di Uzzano ugładziło się i stało się bardziej przyjemne. Wyszły na wierzch lekkie nuty kwiatowe, a słodycz ustąpiła i przestała być tak nachalna. Nie można go jednak zbyt długo dekantować. Zostawione na kilka godzin bardzo się spłaszczyło i nie miało już w sobie uroku.

Obiektywnie rzecz biorąc, wino było obiektywnie niezłe, choć ja osobiście wolę te bardziej skryte, złożone i ciekawe, niż bomby owocowe, atakujące owocem od pierwszego kontaktu z językiem i nosem. Do tego celu wolę dżem. Ale to sprawa bardzo subiektywna, dlatego bierzcie to pod uwagę, czytając moje wypociny na temat tej butelki :)